Kamuflaż, który kryje łzy

poniedziałek, 13 stycznia 2020

 

 

Obok Ireneusza jest puste miejsce. Na mecie wrześniowego Runmageddonu ma zdjęcie z córką, wnuczką, jej chłopakiem, a między nimi puste miejsce - dla Jadwigi.

Żona Ireneusza Matyska zmarła w lipcu na raka płuc. W czerwcu diagnoza, w lipcu pogrzeb. A mieli pojechać razem jeszcze na tyle biegów. Teraz Ireneusz startuje sam, a na numerze startowym z Kocierza dopisuje: „Dla Jadwigi”. Gdyby nie sport, treningi, zawody – nie wiadomo, jak przetrwałby ten czas. I całe ostatnie osiem lat.

1 listopada 2011 roku syn Jadwigi i Ireneusza ma 24 urodziny. Od roku jest nieszczęśliwie zakochany i w tym dniu znika. Komórka nie działa, śladu nie ma. Rodzice przez czterdzieści dni chodzą nad brzeg pobliskiego jeziora, Ireneusz przeczuwa, że tam znajdą syna. Co trzy dni opływa jezioro kajakiem. W grudniu znajduje w trzcinach ciało.

- Czułem, że on tam jest mówi Ireneusz. – Zakochał się nieszczęśliwie i postanowił tak ze sobą skończyć. Woda była zimna, płynął wpław przed siebie, póki miał siłę. A potem poszedł na dno.

Ireneusz zaczyna biegać. Wcześniej tego nie robił. Ale teraz wraca z pracy – jest hydraulikiem – i biegnie do lasu, w ciemność, w deszcz: - Człowiek wtedy myśli co chce i mówi, co chce. Biegałem i przeklinałem, chociaż na co dzień tego nie robię.

Bierze cztery psy i biegnie. Wydłuża dystanse – 21 km, 35 km. Najdłuższy bieg robi cztery lata temu – na dystansie 58 km, tyle, ile ma lat.

Jadwiga przed bólem po śmierci syna ucieka w pracę. Jest już na emeryturze, ale tworzy spółdzielnię i w pięć osób gotują codziennie po 500 obiadów dla okolicznych szkół. Dostaje zlecenie przygotowania cateringu na zawody biegowe Surviwał Pomorski w Zdbicach pod Wałczem i namawia męża na start. To zawody na pamiątkę przełamania Wału Pomorskiego podczas II wojny światowej, więc Ireneusz szykuje sobie ubranie w stylu wojskowego kamuflażu. Nawet na twarzy robi maskujące malunki. Przydadzą się teraz, po latach – nie będzie widać łez.

Zaczynają jeździć na zawody. Ireneusz startuje, a Jadwiga kibicuje. Jest na każdej przeszkodzie, na mecie. Bardzo kontaktowa, ma mnóstwo znajomych w biegowym światku.

W styczniu 2018 r. jadą na Runmageddon do Warszawy. Jadwiga staje zachwycona – ta ostra muzyka, dym, zadyma. – Od tego startu żona chciała zawsze jechać na Runmageddon. Jeśli daty biegów się pokrywały, to zawsze wybierała Runmageddon. Jeździliśmy po całej Polsce, żona była z tego bardzo zadowolona – wspomina Ireneusz. Przez rok byli na 11 biegach, Ireneusz zdobył statuetkę potrójnego weterana. Zdjęcie Ireneusza z Jadwigą i tą statuetką wisi na ścianie.

W czerwcu lekarze wykrywają u Jadwigi nowotwór. Do końca wierzy, że jak się tylko wyleczy, to pojadą znów na zawody. Ale w ostatnim tygodniu ma już problemy z przełykaniem, Ireneusz kruszy jej lekarstwa na łyżeczce, żeby mogła je połknąć. Ostatnie słowa Jadwigi do męża: - Daj szybko buzi.

Ireneusz zostaje z bólem, ale okazuje się, że kłopoty się dopiero zaczynają. Spółdzielnia obiadowa opierająca się na Jadwidze przestaje działać, a tam pracowała córka Ireneusza i Jadwigi. Jadwiga miała też emeryturę, z której spłacała kredyt córki. W dodatku okazuje się – kiedy Ireneusz idzie do banku – że na koncie żony jest 45-tysięczny kredyt na firmę (poszło to na majątek spółdzielni obiadowej). Trzeba wszystko ogarnąć, przez pierwsze tygodnie po śmierci żony Ireneusz nie ma czasu na bieganie. Postanawiają z córką sprzedać jej mieszkanie, bo córka na razie wyjeżdża do pracy za granicę. Jak wróci zamieszka w domku po rodzicach, a Ireneusz przez ten czas urządzi sobie mieszkanie w garażu. – Już zniosłem tam swój telewizor, a moje meble czekają w korytarzu – mówi Ireneusz.

Jedzie na szczeciński Runmageddon na początku sierpnia. – Stanąłem w swojej serii na starcie i pomyślałem, że teraz nie mam dla kogo biegać. Jak skończę bieg, nie będę miał komu opowiedzieć, jak było na trasie. Kiedy zagrała muzyka, wróciły do mnie wspomnienia… Stałem ze łzami w oczach, dobrze że przez ten kamuflaż na twarzy niczego nie było widać – wspomina. – I wtedy zobaczyli mnie prowadzący imprezę Małgosia i Krzysztof. Kazali ściszyć muzykę i powiedzieli parę słów, że w życiu są chwile piękne i smutne. Nie pamiętam dokładnie, wiem, że wszyscy się odwrócili do mnie i klaskali.

Ireneusz jeszcze się nie potrafi uśmiechać: – Ale atmosfera wśród biegaczy na zawodach, pozwala mi na chwilę o wszystkim zapomnieć.

 

Wojciech Staszewski