Na byka nie wyglądam

poniedziałek, 4 listopada 2019

Człowiek, który wygrał pierwszą polską edycje Ninja Warrior

 

Jakub Gładki Zawistowski opowiada o wspinaczce na 35-metrową linę na Runmageddon Challenge, próbie przejścia 150-metrowego Monkey Baru w Anglii i swoim kanale YouTube „Gładko przez przeszkody”

 

Co poczułeś wygrywając pierwszą polską edycję Ninja Warrior?

- Wiedziałem, że spełniło się moje marzenie. Ale też, że to początek mojej przygody z tym programem. Zaczynam już jeszcze mocniejsze treningi i za rok wracam silniejszy.

Szykowałem się na Ninję od roku, chciałem nawet jechać do Niemiec albo do Wielkiej Brytanii. Mega, że to się wreszcie pojawiło u nas, w Warszawie. Jak przeszedłem casting i okazało się, że będę w programie, to już byłem szczęśliwy. A jak pokonałem 204 osoby, to było mega szczęście.

Pierwszy odcinek był trudny, kamery, publiczność. I to, że przeszkód się wcześniej nie dotyka. W kolejnych etapach trudność była większa, ale miałem też więcej spokoju.

 

Wygrałeś, bo dotarłeś najdalej z wszystkich uczestników. Ale spadłeś z przeszkody, na której chwytało się wiszące obok prostokątne panele.

- Nie wiem dlaczego spadłem, czułem się pewnie, jak dotknąłem panela, stwierdziłem, że fajny materiał. Ale na drugim popełniłem błąd, może byłem za słaby w tym uchwycie.

 

Ile przeszkód było jeszcze do końca trasy?

- Dwie, a na koniec lina, po której trzeba wejść na 23 metry w 45 sekund.

 

Czyli wspiąć się na wysokość 8. piętra i to szybciej niż człowiek wbiegłby po schodach!

- W 2016 roku robiłem podobne wyzwanie na Runmageddon Challenge. Trzeba było wejść po linie na 35 metrów, byłem jedną z dwóch osób, która to zrobiła. Od 25 metra nogi i ręce miałem kompletnie zjechane. Wysokości się nie bałem, byłem w uprzęży. Metr przed końcówką się zsunąłem jakieś półtora metra, musiałem ten odcinek pokonać jeszcze raz. To była najtrudniejsza rzecz w moim życiu.

 

Sportową pasję wyniosłeś z domu?

- Rodzice są nauczycielami, tata pracował jako wychowawca w Zakładzie dla Niewidomych w Laskach pod Warszawą, mama uczyła tam religii. Mam trzech braci i siostrę, rodzice zawsze nas popychali do sportu. Wakacje spędzaliśmy u wujka, zrobiłem tam patent żeglarski, opanowałem windsurfing. Pracowałem jako ratownik w Fundacji Ave, jeździłem na spływy kajakarskie jako obstawa ratownicza. Wszyscy byliśmy w harcerstwie, wszyscy byliśmy ministrantami, angażowaliśmy się. Trenowałem też już tak bardziej na poważnie piłkę wodną.

 

Z zawodu jesteś…

- Trenerem personalnym. Chociaż pierwsze studia, jakie skończyłem, to techniki dentystyczne na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym. Ale już na studiach wiedziałem, że to praca nie dla mnie – w zamknięciu, bez kontaktu z ludźmi. Potem poszedłem na fizjoterapię i zacząłem pracować jako trener na siłowni.

W 2015 roku kumpel dowiedział się o biegach przeszkodowych, zapisaliśmy się na Runmageddon na Służewcu w Warszawie. Wszystkie przeszkody pokonałem, miałem poczucie, że wreszcie znaleźliśmy coś, co łączy wszystkie wyzwania, można się zmęczyć, powygłupiać i pomóc innym. Dużo fajnych ludzi, zwłaszcza dziewczyn. Po pół godziny staliśmy na przeszkodzie przerzucając przez nią laski.

 

Spodobał się wam Runmageddon?

- Bardzo. Zaraz zapisaliśmy się na kolejny start w Myślenicach, na dystansie rekrut i hard core. Na te 21 km wzięliśmy 2 żele na całą ekipę, strasznie nas to wymęczyło. Spotkaliśmy jakichś harcerzy, wybłagaliśmy ich o snickersa i butelkę wody, musieliśmy to podzielić na cztery osoby. Nigdy ćwiartka snickersa nie smakowała jak wtedy.

Żeby mieć starty za free zgłosiliśmy się do wolontariatu. I zacząłem regularnie startować w Runmageddonach. Rozwijałem się razem z przeszkodami, bo z czasem pojawiało się coraz więcej przeszkód technicznych, a ja coraz lepiej potrafiłem je pokonywać. Nigdy nie oddałem opaski [opaska elity – trzeba ją oddać, jeśli nie jest się w stanie pokonać jakiejś przeszkody – red.], a może kilka razy zdarzyło się, że gdzieś spadłem i musiałem pokonywać przeszkodę jeszcze raz. W końcu założyłem kanał YouTube „Gładko przez przeszkody”, ale to już razem z Kasią, moją żoną.

 

Poznaliście się…

- Na Runmageddonie. Pod koniec 2016 roku były zawody w Dąbrowie Górniczej, byłem na antybiotykach i postanowiłem pojechać tylko, żeby popatrzeć, posiedzieć trochę w sklepiku. I tam przy organizacji eventu pracowała też Kasia. Wziąłem od niej numer telefonu, służbowo, ale cztery dni później zadzwoniłem i umówiliśmy się na śniadanie. I wtedy już wiedziałem, że to będzie moja żona.

Kasia wcześniej biegała w maratonach, ja wciągnąłem ją bardziej w biegi przeszkodowe. A Kasia mnie wspiera właśnie w tworzeniu kanału „Gładko przez przeszkody”. Pokazuję technikę pokonywania przeszkód, jak zacząć, jak trenować, jak się regenerować.

Jak sam trenujesz?

- Zacząłem od bazy siłowej i piłki wodnej.

 

Na byka nie wyglądasz.

- Nie wyglądam. Przy wzroście 176 cm ważę teraz 78 kg, a moja waga startowa to 75 kilo. Im więcej ważę, tym cięższy jestem na przeszkodach. Duży mięsień trzeba odżywić. A nie chodzi o wielką siłę mięśni, ale wytrzymałość i ogólną sprawność. Wystarczy, że zrobię 20 podciągnięć na drążku, nie musi być 30. Ćwiczę też ze sztangą, ale na siłę, a nie na masę. Zazwyczaj wykonanie 5-8 powtórzeń, to trening funkcjonalny, a 10-12 to już powiększanie mięśni.

W poprzednim roku nadrabiałem bieganie, bo nie mogę dogonić czołówki w biegach przeszkodowych przez zbyt wolne bieganie. Mój rekord na 5 km to tylko 19:57. Ale teraz przestawiam się na Ninja, na Gamesy. To krótkie biegi na dystansie do 1000 m, ale z dużą ilością przeszkód, zwykle jest ich 8-12.

 

Co teraz?

- Chcę robić nadal to, co lubię, inspirować ludzi i podróżować. Po jakichś zawodach w Anglii próbowałem przejść Monkey Bar – taką 150-metrową konstrukcję z samych drążków. Spadłem gdzieś na 140. metrze, chciałem  to poprawić, ale spieszyliśmy się gdzieś, a po takie próbie musiałbym dłużej odpocząć. Muszę to kiedyś przejść.

 

 

 

Z Jakubem "Gładkim" Zawistowskim rozmawiał Wojciech Staszewski