Są takie miejsca, do których wracasz nie dlatego, że musisz - tylko dlatego, że czujesz się tam sobą.
Dla Weroniki Budek takim miejscem stał się Runmageddon. Nie od razu jako cel czy sposób na rywalizację, ale jako doświadczenie, które zostaje w człowieku na dłużej. Coś, co daje emocje, energię i poczucie, że robisz coś naprawdę dla siebie.
Jej historia zaczęła się dokładnie tak, jak zaczyna się u wielu osób - od niepewności, pytań i myśli: „czy ja w ogóle dam radę?”. Ale właśnie tam, krok po kroku, odkryła coś, co zmieniło jej perspektywę: że nie trzeba być gotowym, żeby spróbować.
Runmageddon w jej oczach to nie tylko trasa i przeszkody. To ludzie, energia i momenty, w których przekonujesz się, że możesz więcej, niż myślisz. To miejsce, gdzie każdy idzie swoim tempem, ale nikt nie zostaje sam.
Dziś jej droga to nie tylko setki startów i doświadczeń, ale przede wszystkim historia o odwadze, która nie polega na braku strachu - tylko na tym, że mimo niego robisz pierwszy krok.
I może właśnie od tego wszystko się zaczyna.
Poznajcie naszą kolejną Legendę Runmageddon - Weronikę Budek - i jej historię, która pokazuje, jak wiele zaczyna się od tego jednego kroku.
Kim jesteś poza Runmageddon - kiedy nie stoisz na starcie ani nie kończysz kolejnej trasy?
Poza linią startu i metą Runmageddonu jestem po prostu sobą – zwykłą dziewczyną, która znajduje radość w codzienności. Pracuję jako kontroler wewnętrzny, w tym roku kończę 35 lat i coraz bardziej doceniam równowagę między działaniem a spokojem. Lubię ruch – jazda na rolkach daje mi wolność i lekkość – ale równie dużo satysfakcji odnajduję w ciszy kuchni, kiedy piekę ciasta i na chwilę świat zwalnia.
Jestem osobą pełną energii, ale nauczyłam się też, jak ważne jest dbanie o własne granice. Lubię pomagać i wspierać innych, jednak wiem, że prawdziwa siła to umiejętność mówienia „nie”, kiedy coś nie jest zgodne ze mną.
Zawsze chciałam inspirować ludzi do tego, by sięgali po więcej – by nie bali się marzyć odważnie i żyć intensywnie. Wierzę, że życie trzeba wyciskać jak cytryne– żeby dostać z niego jak najwięcej smaku, doświadczeń i emocji.
Bo na końcu nie liczy się tylko to, ile razy stanęliśmy na starcie, ale ile odwagi mieliśmy, żeby zrobić ten pierwszy krok.
Kiedy pojawiło się u Ciebie poczucie, że to nie jest już jednorazowa przygoda, tylko coś większego?
Poczucie, że to nie jest już jednorazowa przygoda, tylko coś znacznie większego, pojawiło się mniej więcej rok po moim pierwszym starcie. Miałam wtedy na koncie kilka startów i uznałam, że jestem gotowa na Hardcora w Kocierzy… jak się okazało – wcale nie byłam. A jednak ukończyłam tę trasę. I to właśnie wtedy coś się zmieniło.
Po przekroczeniu mety dotarło do mnie, że granice, które sobie stawiamy, często istnieją tylko w naszej głowie. Skoro dałam radę wtedy - niegotowa, zmęczona, pełna wątpliwości - to znaczyło, że mogę osiągnąć dużo więcej, niż kiedykolwiek zakładałam.
Na początku nie planowałam podejmować się każdego dystansu na każdym evencie, ale z czasem to stało się naturalne.. Każdy start mnie rozwijał - nie tylko fizycznie, ale przede wszystkim psychicznie. Zaczęłam pokonywać nie tylko przeszkody na trasie, ale też te wewnętrzne. Runmageddon stał się dla mnie czymś więcej niż rozrywką- był miejscem, gdzie mogłam rozładować emocje, wyrzucić z siebie frustrację i wrócić silniejsza. Trochę jak terapia, tylko w błocie, ponieważ nie musisz być gotowy, żeby zacząć, wystarczy, że nie przestaniesz iść dalej - bo to wytrwałość, a nie perfekcja, prowadzi najdalej.
Czy przed startem nadal pojawia się stres, czy to już zupełnie inne emocje?
Hmm, pamiętam stres i niepewność związana ze staniem na linii startu po raz pierwszy, naprawdę to pamiętam, na początku bardzo się bałam, ale to mnie nie powstrzymało, i z tego jestem bardzo dumna, że zrobiłam to pomimo strachu. W pewnym momencie wiesz, że stres i lęk jest chwilowy trwa od startu do mety, natomiast to co pojawia się później, zostaje na zawsze: duma z tego, że się odważyłam. Aktualnie po ponad 180 startach nie mogę mówić o jakimkolwiek stresie bo wiem, co mnie czeka i teraz już potrafię się z tego cieszyć.
Patrząc na lata startów - jak zmienił się Runmageddon z Twojej perspektywy?
Runmageddon zmienił się niesamowicie na przestrzeni lat. Widać to zarówno w samych przeszkodach, które stały się bardziej techniczne i zaawansowane, jak i w organizacji - dziś wszystko działa szybciej, sprawniej i na dużo wyższym poziomie.
Ale dla mnie największą zmianą jest to, jak rozwinęła się społeczność wokół Runmageddonu. Kiedyś, gdy mówiłam, że startuje w RMG, musiałam tłumaczyć, co to w ogóle jest. Dziś wystarczy jedno hasło - i każdy wie, o czym mowa.
To już nie tylko tory przeszkód/zawody, ale bardzo rozpoznawalna marka i środowisko ludzi, którzy wiedzą, po co tam są. I szczerze? Z ciekawością patrzę na dalszy rozwój i kolejne kroki, może nawet w stronę ekspansji międzynarodowej.
A jak zmieniłaś się Ty sama przez to całe doświadczenie?
Mogłabym o tym opowiadać godzinami, bo to doświadczenie zmienia człowieka od środka. Wysiłek, który zostawiasz na trasie - nawet wtedy, gdy brudzisz w błocie po pas - ma w sobie coś niezwykle oczyszczającego. Każda przeszkoda to nie tylko fizyczne wyzwanie, ale ogromna dawka motywacji. Z czasem zaczynasz wierzyć, że skoro radzisz sobie tutaj, poradzisz sobie wszędzie.
Na początku towarzyszyła mi frustracja - nie umiałam pokonywać przeszkód, wątpiłam w siebie. Ale z każdym kolejnym krokiem, z każdą pokonaną barierą, pojawiało się coś niezwykłego: wiara. I to uczucie zmieniło wszystko. Przeszkody przestały być czymś nie do przejścia - stały się wyzwaniem, któremu mogę sprostać.
Dziś to nastawienie towarzyszy mi nie tylko na trasie, ale i w życiu. Bo największa zmiana wydarzyła się nie w moim ciele, lecz w głowie - zaczęłam naprawdę wierzyć, że dam radę
Co sprawia, że mimo wszystko dalej wracasz na start?
Wracam na start, bo czuję się tam jak u siebie. To miejsce pełne ludzi, których znam od lat - spotkania z nimi są dla mnie równie ważne jak sama trasa. Dziś start to już nie presja, a czysta radość. Nie muszę niczego udowadniać - ani innym, ani sobie.
Biegnę, bo kocham to, co robię. Bo daje mi to poczucie wolności, satysfakcję i energię, której nie da się zastąpić niczym innym. Każdy start to wybór - wybór pasji, a nie obowiązku.
I właśnie dlatego wciąż wracam - nie z przymusu, ale z serca.
Jaką rolę w Twojej historii odgrywają ludzie, których spotykasz na trasie?
To piękne pytanie, bo ludzie na trasie są jej niezwykle ważną częścią. Szczególnie bliskie są mi osoby, które startują po raz pierwszy - w ich oczach widać mieszankę strachu i ekscytacji, która jest bardzo prawdziwa.
Uwielbiam im pomagać, szczególnie na przeszkodach. Pokazać, że coś, co wydaje się niemożliwe, naprawdę da się zrobić. I ten moment, kiedy widzę, jak pojawia się w nich wiara - że „dam radę” - jest bezcenny.
Często podpowiadam, jak najłatwiej pokonać przeszkodę, a ich sukcesy dają mi ogromną satysfakcję. Bo sama kiedyś byłam w tym miejscu - korzystałam z pomocy innych. Dziś po prostu oddaję to dobro dalej.
W Runmageddon coraz więcej kobiet, a jak Ty to widzisz z własnej perspektywy?
Coraz więcej kobiet na Runmageddonie to dla mnie coś naprawdę pięknego i naturalnego. Z mojej perspektywy to nie jest już „sport dla twardzieli”, tylko przestrzeń, w której kobiety pokazują swoją siłę - w bardzo różnych formach.
Widzę dziewczyny w różnym wieku i o bardzo różnej kondycji - od tych, które dopiero zaczynają swoją przygodę, po te bardziej doświadczone. Każda z nich wnosi coś innego, ale łączy je jedno: odwaga, żeby stanąć na starcie i zmierzyć się ze sobą.
Dla mnie to nie jest rywalizacja między płciami, tylko wspólna droga do przełamywania własnych barier. I bardzo się cieszę, że mogę być częścią tego momentu, w którym kobiety coraz odważniej wchodzą na start i mówią sobie: „dam radę”
Na trasie często widać wzajemną pomoc, jak ważne jest to dla Ciebie?
To jest dla mnie jedna z najlepszych rzeczy w Runmageddonie - trochę jak znalezienie „trybu współpracy” w grze, w której normalnie każdy walczy o przetrwanie.
Bycie w miejscu, gdzie zamiast zawiści jest wsparcie i chęć pomocy, ma ogromną wartość.
W codziennym życiu i tak spotykamy się z wieloma sytuacjami, w których panuje napięcie czy rywalizacja, dlatego tym bardziej doceniam przestrzeń, w której ludzie potrafią sobie nawzajem podać rękę - dosłownie i w przenośni.
Na trasie wszyscy walczą ze swoimi słabościami, ale właśnie wtedy najczęściej rodzi się coś pięknego: solidarność i zrozumienie. I to zostaje ze mną na długo po przekroczeniu mety.
Jeśli chodzi o rywalizację - w elicie to czysta, sportowa walka o wynik i to jest jej piękno. Natomiast w kategorii open bardzo często jest to rywalizacja z samym sobą. I właśnie taką rywalizację najbardziej cenię - taką, która sprawia, że każdego dnia staję się lepszą wersją siebie
Jak wyglądała Twoja droga przez pierwsze 100 startów i czy coś się w tym czasie zmieniło w Twoim podejściu?
Pierwsze sto startów mam już dawno za sobą - i szczerze mówiąc, bliżej mi dziś do 200 niż do 100. Mam nadzieję, że uda się ten kolejny „duży licznik” domknąć w przyszłym roku.
Patrząc wstecz, to była naprawdę wymagająca droga. Było sporo zakwasów, siniaków i momentów, kiedy ciało mówiło „dość”, ale właśnie to wszystko pokazało mi, że jestem twarda, wytrwała i potrafię więcej, niż mi się wydawało.
Z czasem zmieniło się przede wszystkim moje podejście - z walki „żeby przetrwać” na świadome budowanie siebie i sprawdzenia, jak daleko mogę dojść. I to chyba największa zmiana: dziś już nie tylko startuję, ale wiem, po co to robię